Target: Renegade
Target: Renegade
Kiedy w 1986 roku na automatach ukazał się Nekketsu Kouha Kunio Kun, wszyscy odwiedzający salony gier byli pod wrażeniem. Gra posiadała całkowicie nowatorski system walki, jakiego wcześniej nie znano. Firmy Imagine Software i Tatio stwierdziły, że szkoda, by taki tytuł został wydany jedynie w Japonii. Postanowili wykupić prawa i wydać grę także na zachodzie, zmieniając tytuł na Renegade. Wersja na automaty odniosła spory sukces, co zaowocowało późniejszymi konwersjami na wiele ówczesnych komputerów i konsol. Zachęceni sukcesem postanowili wydać sequel. Tym razem już bez pomocy Technos Japan i tylko na Zachodzie. Czy jednak wyszło im to na dobre?
Na początek nadmienię, że grałem w Target: Renegade na NES stworzoną przez Taito i tej wersji dotyczy ta recenzja. Słyszałem generalnie, że wydania na inne platformy są całkiem niezłe, ale szerzej się nie wypowiem na ten temat.
Historia w grze do wybitnych nie należy. Znów wcielimy się w Mr K., któremu niejaki Mr Big porwał brata. Po co i dlaczego nie wiemy, ale, jak już pisałem w innych recenzjach, w bijatykach fabuła nie jest najważniejsza. Naszym zadaniem, rzecz jasna, będzie go uwolnić. Pierwsze co rzuca się w oczy względem poprzedniej części to zupełnie nowy interfejs. Czas, pasek energii, punkty i hi-score zostały przeniesione na dół ekranu i oprawione w ramkę, dzięki czemu wygląda bardziej czytelnie. Sequel jest także scrollowany. Zamiast walczyć na jednej małej planszy, przemieszczamy się w prawo bądź lewo okładając wrogów, aż dojdziemy do końca poziomu.
Zmieniło się także sterowanie - na bardziej intuicyjne. Przyciski kopnięcia i pięści ilekroć się obracamy, pozostają w tym samym miejscu. Standardowo uderzamy z pięści i kopniaka. Tym razem jednak cios dolną kończyną wyprowadzamy jedynie w przód, przez co nie możemy zaatakować przeciwnika stojącego za naszymi plecami. Powróciło także znane z Rengade kopnięcie z wyskoku, lecz jest nieco zmodyfikowane. Oprócz wyskoku w górę możemy także polecieć w dowolną stronę. Aby wykonać ten cios, musimy wcisnąć równocześnie strzałkę w górę i kopniak. Dodano także zupełnie nowe uderzenie. Wciskając d-pad w dół i przycisk odpowiedzialny za użycie nogi wykonamy kopnięcie dolne. Niestety z ciosów to by było na tyle. Nie mamy możliwości złapania przeciwnika i okładania go, bądź nawet przerzucenia przez ramię. Nie da się także usiąść na leżącym niemilcu i go dobić. Brakuje także uderzeń z rozbiegu. Ba! W ogóle nie możemy biegać. Naciskając z kolei pięść i strzałkę w dół przykucamy. Dzięki temu manewrowi da się uniknąć niektórych ciosów wroga, ale funkcja ta ma także inne zastosowanie. W taki oto sposób podnosimy porozmieszczane na niektórych etapach przedmioty. Lista ich nie jest porywająca (kosz na śmieci, gaśnica, kij bejsbolowy), do tego znaleźć je można tylko w kilku fragmentach gry i choć urozmaicają starcia, większą część Target: Renegade spędzimy walcząc gołymi rękoma. Przykucnięcie pozwala także, zebrać pozostawione po losowych wrogach serduszka regenerujące w niewielkim stopniu pasek naszego zdrowia. Bywa to strasznie irytujące, gdyż trzeba idealnie nad nim stanąć, co przy niezbyt precyzyjnym sterowaniu nie jest takie proste. Tym bardziej, gdy znalazłem się w środku walki i moje zdrowie było na wyczerpaniu. Nie miałem wówczas czasu, by obliczać miejsce, na którym powinienem stanąć. Po co tak komplikować? Dlaczego nie mogę po prostu przejść się po serduszku, by je zebrać?
Choć zrobić krzywdę przeciwnikom możemy na kilka sposobów, tak naprawdę tylko jeden jest najbardziej skuteczny. Najczęściej, by pokonać wrogów, stosowałem kopnięcie niż cios pięścią, gdyż łatwiej mogłem trzymać wrogów na dystans, przez co prościej było mi uniknąć trafienia. Oznacza to tak naprawdę, że większość gry przechodzimy jednym ciosem, co na dłuższą metę robi się dość nudne.
Rozgrywkę urozmaicił by tryb dla dwóch graczy. Tego niestety brak.
Imponuje z kolei różnorodność przeciwników. Powalczymy z gangiem motocyklowym, gangsterami, karatekami, skejtami, gangiem kobiecym, ochroniarzami i wieloma innymi. Do tego każdy wróg ma swój własny zestaw ciosów.
Jak to w każdym klasycznym beat'em upie bywa, na końcu każdego poziomu czeka na nas boss. Twórcy jednak w tym aspekcie również się nie popisali i poszli na łatwiznę, umieszczając tych samych bossów na końcach dwóch poziomów. Walki z nimi również są cholernie nudne. Sposób na każdego jest jeden. Zadaj pojedynczy cios i uciekaj, zadaj pojedynczy cios i uciekaj, i tak w kółko aż padnie. Wkurza to tym bardziej, gdy powalczymy z szefem znajdującym się na końcu trzeciego poziomu. Trzeba go trafić chyba z 20, jak nie więcej razy, w taki właśnie sposób.
Zastrzeżenia mam także do wyglądu postaci. O ile nasz bohater i niektórzy wrogowie prezentują się przyzwoicie, o tyle część przeciwników wygląda tak brzydko, że zastanawiałem się, czy to naprawdę ludzie. Paru zaś przedstawionych jest tak nieproporcjonalnie w stosunku do wielkości bohatera, że sprawia wrażenie, jakby zostało przeklejonych z innej gry. Lokacje z kolei prezentują się całkiem przyzwoicie i choć są ładniejsze gry na NESa, to nie ma co marudzić. Na okładce twórcy chwalili się, że dźwięk zadawanych ciosów brzmi jak prawdziwe pięści, a muzyka jest tak gorąca, że moje uszy zapłoną. W obu przypadkach jednak szału nie ma. Lepsze odgłosy walki ma dowolna gra z Kunio lub większość beat'em upów na Nesa. Od słuchania przeciętnej muzyki w grze moje uszy nie zapłonęły, a momentami nawet więdły. Część utworów brzmi całkiem nieźle, a część beznadziejnie. Słychać, że nie jest to kunszt Kazuo Sawy z pierwszego Renagade.
Ogólnie gra jest nudna, a do tego brzmi i wygląda średnio. Mając na Nesie tyle ciekawszych beat'em upów szkoda marnować czas przy Target: Renegade.
Na początek nadmienię, że grałem w Target: Renegade na NES stworzoną przez Taito i tej wersji dotyczy ta recenzja. Słyszałem generalnie, że wydania na inne platformy są całkiem niezłe, ale szerzej się nie wypowiem na ten temat.
Historia w grze do wybitnych nie należy. Znów wcielimy się w Mr K., któremu niejaki Mr Big porwał brata. Po co i dlaczego nie wiemy, ale, jak już pisałem w innych recenzjach, w bijatykach fabuła nie jest najważniejsza. Naszym zadaniem, rzecz jasna, będzie go uwolnić. Pierwsze co rzuca się w oczy względem poprzedniej części to zupełnie nowy interfejs. Czas, pasek energii, punkty i hi-score zostały przeniesione na dół ekranu i oprawione w ramkę, dzięki czemu wygląda bardziej czytelnie. Sequel jest także scrollowany. Zamiast walczyć na jednej małej planszy, przemieszczamy się w prawo bądź lewo okładając wrogów, aż dojdziemy do końca poziomu.
Zmieniło się także sterowanie - na bardziej intuicyjne. Przyciski kopnięcia i pięści ilekroć się obracamy, pozostają w tym samym miejscu. Standardowo uderzamy z pięści i kopniaka. Tym razem jednak cios dolną kończyną wyprowadzamy jedynie w przód, przez co nie możemy zaatakować przeciwnika stojącego za naszymi plecami. Powróciło także znane z Rengade kopnięcie z wyskoku, lecz jest nieco zmodyfikowane. Oprócz wyskoku w górę możemy także polecieć w dowolną stronę. Aby wykonać ten cios, musimy wcisnąć równocześnie strzałkę w górę i kopniak. Dodano także zupełnie nowe uderzenie. Wciskając d-pad w dół i przycisk odpowiedzialny za użycie nogi wykonamy kopnięcie dolne. Niestety z ciosów to by było na tyle. Nie mamy możliwości złapania przeciwnika i okładania go, bądź nawet przerzucenia przez ramię. Nie da się także usiąść na leżącym niemilcu i go dobić. Brakuje także uderzeń z rozbiegu. Ba! W ogóle nie możemy biegać. Naciskając z kolei pięść i strzałkę w dół przykucamy. Dzięki temu manewrowi da się uniknąć niektórych ciosów wroga, ale funkcja ta ma także inne zastosowanie. W taki oto sposób podnosimy porozmieszczane na niektórych etapach przedmioty. Lista ich nie jest porywająca (kosz na śmieci, gaśnica, kij bejsbolowy), do tego znaleźć je można tylko w kilku fragmentach gry i choć urozmaicają starcia, większą część Target: Renegade spędzimy walcząc gołymi rękoma. Przykucnięcie pozwala także, zebrać pozostawione po losowych wrogach serduszka regenerujące w niewielkim stopniu pasek naszego zdrowia. Bywa to strasznie irytujące, gdyż trzeba idealnie nad nim stanąć, co przy niezbyt precyzyjnym sterowaniu nie jest takie proste. Tym bardziej, gdy znalazłem się w środku walki i moje zdrowie było na wyczerpaniu. Nie miałem wówczas czasu, by obliczać miejsce, na którym powinienem stanąć. Po co tak komplikować? Dlaczego nie mogę po prostu przejść się po serduszku, by je zebrać?
Choć zrobić krzywdę przeciwnikom możemy na kilka sposobów, tak naprawdę tylko jeden jest najbardziej skuteczny. Najczęściej, by pokonać wrogów, stosowałem kopnięcie niż cios pięścią, gdyż łatwiej mogłem trzymać wrogów na dystans, przez co prościej było mi uniknąć trafienia. Oznacza to tak naprawdę, że większość gry przechodzimy jednym ciosem, co na dłuższą metę robi się dość nudne.
Rozgrywkę urozmaicił by tryb dla dwóch graczy. Tego niestety brak.
Imponuje z kolei różnorodność przeciwników. Powalczymy z gangiem motocyklowym, gangsterami, karatekami, skejtami, gangiem kobiecym, ochroniarzami i wieloma innymi. Do tego każdy wróg ma swój własny zestaw ciosów.
Jak to w każdym klasycznym beat'em upie bywa, na końcu każdego poziomu czeka na nas boss. Twórcy jednak w tym aspekcie również się nie popisali i poszli na łatwiznę, umieszczając tych samych bossów na końcach dwóch poziomów. Walki z nimi również są cholernie nudne. Sposób na każdego jest jeden. Zadaj pojedynczy cios i uciekaj, zadaj pojedynczy cios i uciekaj, i tak w kółko aż padnie. Wkurza to tym bardziej, gdy powalczymy z szefem znajdującym się na końcu trzeciego poziomu. Trzeba go trafić chyba z 20, jak nie więcej razy, w taki właśnie sposób.
Zastrzeżenia mam także do wyglądu postaci. O ile nasz bohater i niektórzy wrogowie prezentują się przyzwoicie, o tyle część przeciwników wygląda tak brzydko, że zastanawiałem się, czy to naprawdę ludzie. Paru zaś przedstawionych jest tak nieproporcjonalnie w stosunku do wielkości bohatera, że sprawia wrażenie, jakby zostało przeklejonych z innej gry. Lokacje z kolei prezentują się całkiem przyzwoicie i choć są ładniejsze gry na NESa, to nie ma co marudzić. Na okładce twórcy chwalili się, że dźwięk zadawanych ciosów brzmi jak prawdziwe pięści, a muzyka jest tak gorąca, że moje uszy zapłoną. W obu przypadkach jednak szału nie ma. Lepsze odgłosy walki ma dowolna gra z Kunio lub większość beat'em upów na Nesa. Od słuchania przeciętnej muzyki w grze moje uszy nie zapłonęły, a momentami nawet więdły. Część utworów brzmi całkiem nieźle, a część beznadziejnie. Słychać, że nie jest to kunszt Kazuo Sawy z pierwszego Renagade.
Ogólnie gra jest nudna, a do tego brzmi i wygląda średnio. Mając na Nesie tyle ciekawszych beat'em upów szkoda marnować czas przy Target: Renegade.