熱血硬派くにおくん外伝 2 River City Girls 2
River City Girls 2
Trzy lata przyszło nam czekać na kontynuację River City Girls 2 i miesiąc po premierze, wciąż zastanawiam się jak rozpisać Wam zdanie „więcej tego samego”. Może zacznijmy od tego, że pierwsze oficjalne informacje na temat sequela pojawiły się lekko ponad rok przed jego debiutem. W międzyczasie zapowiadając premierę na lato i po niesprecyzowanej dacie ogłosić przesunięcie na końcówkę roku. Dziwnym trafem to Japończycy piersi otrzymali możliwość zagrania w River City Girls 2 1 grudnia 2022, rzutem na taśmę informując zachodnich graczy, że przyjdzie im poczekać jeszcze 2 tygodnie. Strasznie to wszystko z punktu PRowego było zrobione „po łebkach”, a pikanterii temu wszystkiemu dodaje fakt, że obserwowany przeze mnie Bannon Ruddis, „ojciec” amerykańskiego SpinOffu serii nagle zniknął z Twittera.
Tyle złego na początek więc by poprawić atmosferę, przenieśmy się od razu do uniwersum dziewczyn z rzecznego miasta. Pierwsza część najwyraźniej wypaliła, oceny na metacriticu wahają się między 70 a 80%, na Steam tytuł widnieje z poziomem recenzji bardzo pozytywne, a i bezpośredni odbiór fanów klasycznych gier z Kunio oscylował nawet wokół zdania, że całą serię powinno oddać się WayForwardowi, ale muszę przyznać, że sam do tej grupy zdecydowanie nie należę… dlaczego? Skoro tak wychwalałem część pierwszą? Choćby dlatego, że wywrócono całe uniwersum do góry nogami, tworząc wszystko od nowa, obsadzając postaci według jakiś nowych pomysłów. Samą grę zaczynamy od mangowego wstępu, który od samego początku chce ukazać na spójność błahej historii części pierwszej, nieco mroczniejszej z River City Girls Zero jak i stanowić wstęp do nowej przygody, w której niezadowolony z efektów swoich potomków, Sabu, wychodzi z więzienia, by wziąć sprawy w swoje ręce, a naszym zadaniem będzie powstrzymanie ów szefa Yakuzy. Od pierwszych przecieków zapowiadano dodanie dwóch nowych grywalnych postaci i tak do Misako, Kyoko, Kunio i Rikiego dochodzi Marian (imię żeńskie) - możemy ją kojarzyć z jednego ze sklepów z części pierwszej i Provie, postać wykreowana na potrzeby wydanego w 2017 roku River City Ransom: Underground. Podobnie jak w „jedynce” kolejne postaci odblokowuje się w trakcie gry, więc od samego początku Marian i Provie są niedostępne. Gdy już wybierzemy jedną z dostępnych postaci, czeka nas miła niespodzianka, tym razem zadbano o różnorodność dialogów – wybrana przez nas postać, będzie grała pierwsze skrzypce w przerywnikach dialogowych, a tych w grze nie brakuje. Lokacje ponownie podzielono na kilka dzielnic, oczywiście spotkamy się niewielkim recyklingiem z części pierwszej, ale okolice rozbudowano z rozmachem, mamy naprawdę dużo nowych miejscówek do zwiedzania, jeszcze więcej łączeń między nimi i… jeszcze więcej powodów do żmudnego zaglądania do mapy, bo orientacja w terenie okazuje się bardzo trudna. To chyba pierwsza i największa wada tej gry. Ci, którzy grali, bądź mieli okazji widzieć mnie w akcji, pewnie sami przyznają, że do mapy zagląda się zbyt często. Mocniejszemu recyklingowi możemy się przyjrzeć w całej obsadzie, pomijając czwórkę głównych bohaterów, bo zrozumiałe, że skoro się powtarzają to i zmian wiele w nich nie będzie, obijamy mordy w większości tym samym przeciwnikom co poprzednio, nowych postaci jest jak na lekarstwo i pojawiają się dopiero w późniejszych lokacjach. Inaczej jest z NPCami, z którymi wchodzimy w interakcje. W delikatnie animowanych i w pełni dubbingowanych przerywnikach spotkamy tylko kilka postaci z „jedynki” jak Godai, Abobo czy Skullmageddona jak i całe mnóstwo nowych jak mama Kyoko, bracia Abobo czy Kuniko. Ci oprócz rozwijania wątku fabularnego ponownie prosić nas będą o wykonanie drobnych zadań – i tak, w wielu przypadkach będziemy po prostu dążyć do niebieskiego znacznika, zerkając co chwilę na mapę. Zwiedzanie kolejnych lokacji ponownie polegać będzie na pokonywaniu przeciwników, wymuszonych „załańcuchowanych” pojedynkach, level’owaniu postaci i zakupach przedmiotów poprawiających nasze statystyki oraz mający zdolności lecznicze. Do samych plansz wyraźnie włożono więcej serca, regiony są bardziej zróżnicowane, wypełnione większą ilością interaktywnych elementów (wybuchające beczki!) i jak już wcześniej wspominałem, jest ich znacznie więcej. Smaczku dodaje też wprowadzony cykl dnia i nocy, który zmienia nam paletę kolorów. Każdy z regionów zakończymy pojedynkiem z bossem. Tym razem zabrakło jednak krótkich animowanych przerywników przed każdym z nich, nie zabrakło natomiast komiksowych wstawek po ich pokonaniu. Same walki wydają się dużo prostsze, ale zdecydowanie bardziej pomysłowe, atrakcyjne i zróżnicowane. W jednej z nich przyjdzie nam przenieść się do 8bitowej zręcznościówki inspirowanej Double Dragon, a innym razem wmówi się nam, że jesteśmy w show pokroju „Master Chefa”, a pod koniec przyjdzie nam zmierzyć się z… śmigłowcem bojowym. Podczas pojedynków ubolewałem nad brakiem skocznych melodyjek w stylu retro od Chipzela, tę rolę przejęła Megan McDuffee, w całej grze dominują jej utwory, ale znajduje się też kilka perełek w kolaboracji z innym artystami jak choćby utwór „River City Girls Anthem”, którego możecie posłuchać m.in. na Spotify, naprawdę polecam.
Chciałbym napisać coś więcej o tej grze, ale zdaje się, że w tych kilku zdaniach temat wyczerpałem. Po ograniu River City Girls 2 jestem nieco rozczarowany. Jak częścią pierwszą byłem zachwycony – tam wypaliło wszystko: od animacji, przez świetny felling walki, RPGwy rozwój postaci, zróżnicowaną muzykę, po atrakcyjnych i wymagających bossów, tak część druga wymęczyła mnie swoją powtarzalnością względem oryginału. Przypomnę tylko, że w River City Girls 1 na PC mam rozegrane 47h, na Switchu coś około 20h… tak w część drugą pograłem raptem 16h i jakoś nie mam ochoty do niej wracać. Czy to moja tymczasowa niechęć, czy szkoda mi czasu na wtórne ogrywanie tego samego? River City Girls 2 to gra zdecydowanie większa, bardziej rozbudowa, ale jednocześnie zbyt mało urozmaicona w formule względem swojej poprzedniczki. Czy warto grę polecić? Hmm… jeśli po pierwszej części nie jesteście jeszcze znudzeni tego typu rozgrywką to jak najbardziej, a jeśli taka formuła nie przypadła Wam do gustu, to „dwójka” tego nie zmieni, wręcz przeciwnie.
Seria River City Girls po części pierwszej zapowiadała się znakomicie, taki powiew świeżości był potrzebny! Ekipa złapała wiatr w żagle, wydała eksperymentalny prequel w postaci River City Girls Zero, by w drugiej części pokazać, że nie mają pomysłu na pociągnięcie tej historii dalej…
Tyle złego na początek więc by poprawić atmosferę, przenieśmy się od razu do uniwersum dziewczyn z rzecznego miasta. Pierwsza część najwyraźniej wypaliła, oceny na metacriticu wahają się między 70 a 80%, na Steam tytuł widnieje z poziomem recenzji bardzo pozytywne, a i bezpośredni odbiór fanów klasycznych gier z Kunio oscylował nawet wokół zdania, że całą serię powinno oddać się WayForwardowi, ale muszę przyznać, że sam do tej grupy zdecydowanie nie należę… dlaczego? Skoro tak wychwalałem część pierwszą? Choćby dlatego, że wywrócono całe uniwersum do góry nogami, tworząc wszystko od nowa, obsadzając postaci według jakiś nowych pomysłów. Samą grę zaczynamy od mangowego wstępu, który od samego początku chce ukazać na spójność błahej historii części pierwszej, nieco mroczniejszej z River City Girls Zero jak i stanowić wstęp do nowej przygody, w której niezadowolony z efektów swoich potomków, Sabu, wychodzi z więzienia, by wziąć sprawy w swoje ręce, a naszym zadaniem będzie powstrzymanie ów szefa Yakuzy. Od pierwszych przecieków zapowiadano dodanie dwóch nowych grywalnych postaci i tak do Misako, Kyoko, Kunio i Rikiego dochodzi Marian (imię żeńskie) - możemy ją kojarzyć z jednego ze sklepów z części pierwszej i Provie, postać wykreowana na potrzeby wydanego w 2017 roku River City Ransom: Underground. Podobnie jak w „jedynce” kolejne postaci odblokowuje się w trakcie gry, więc od samego początku Marian i Provie są niedostępne. Gdy już wybierzemy jedną z dostępnych postaci, czeka nas miła niespodzianka, tym razem zadbano o różnorodność dialogów – wybrana przez nas postać, będzie grała pierwsze skrzypce w przerywnikach dialogowych, a tych w grze nie brakuje. Lokacje ponownie podzielono na kilka dzielnic, oczywiście spotkamy się niewielkim recyklingiem z części pierwszej, ale okolice rozbudowano z rozmachem, mamy naprawdę dużo nowych miejscówek do zwiedzania, jeszcze więcej łączeń między nimi i… jeszcze więcej powodów do żmudnego zaglądania do mapy, bo orientacja w terenie okazuje się bardzo trudna. To chyba pierwsza i największa wada tej gry. Ci, którzy grali, bądź mieli okazji widzieć mnie w akcji, pewnie sami przyznają, że do mapy zagląda się zbyt często. Mocniejszemu recyklingowi możemy się przyjrzeć w całej obsadzie, pomijając czwórkę głównych bohaterów, bo zrozumiałe, że skoro się powtarzają to i zmian wiele w nich nie będzie, obijamy mordy w większości tym samym przeciwnikom co poprzednio, nowych postaci jest jak na lekarstwo i pojawiają się dopiero w późniejszych lokacjach. Inaczej jest z NPCami, z którymi wchodzimy w interakcje. W delikatnie animowanych i w pełni dubbingowanych przerywnikach spotkamy tylko kilka postaci z „jedynki” jak Godai, Abobo czy Skullmageddona jak i całe mnóstwo nowych jak mama Kyoko, bracia Abobo czy Kuniko. Ci oprócz rozwijania wątku fabularnego ponownie prosić nas będą o wykonanie drobnych zadań – i tak, w wielu przypadkach będziemy po prostu dążyć do niebieskiego znacznika, zerkając co chwilę na mapę. Zwiedzanie kolejnych lokacji ponownie polegać będzie na pokonywaniu przeciwników, wymuszonych „załańcuchowanych” pojedynkach, level’owaniu postaci i zakupach przedmiotów poprawiających nasze statystyki oraz mający zdolności lecznicze. Do samych plansz wyraźnie włożono więcej serca, regiony są bardziej zróżnicowane, wypełnione większą ilością interaktywnych elementów (wybuchające beczki!) i jak już wcześniej wspominałem, jest ich znacznie więcej. Smaczku dodaje też wprowadzony cykl dnia i nocy, który zmienia nam paletę kolorów. Każdy z regionów zakończymy pojedynkiem z bossem. Tym razem zabrakło jednak krótkich animowanych przerywników przed każdym z nich, nie zabrakło natomiast komiksowych wstawek po ich pokonaniu. Same walki wydają się dużo prostsze, ale zdecydowanie bardziej pomysłowe, atrakcyjne i zróżnicowane. W jednej z nich przyjdzie nam przenieść się do 8bitowej zręcznościówki inspirowanej Double Dragon, a innym razem wmówi się nam, że jesteśmy w show pokroju „Master Chefa”, a pod koniec przyjdzie nam zmierzyć się z… śmigłowcem bojowym. Podczas pojedynków ubolewałem nad brakiem skocznych melodyjek w stylu retro od Chipzela, tę rolę przejęła Megan McDuffee, w całej grze dominują jej utwory, ale znajduje się też kilka perełek w kolaboracji z innym artystami jak choćby utwór „River City Girls Anthem”, którego możecie posłuchać m.in. na Spotify, naprawdę polecam.
Chciałbym napisać coś więcej o tej grze, ale zdaje się, że w tych kilku zdaniach temat wyczerpałem. Po ograniu River City Girls 2 jestem nieco rozczarowany. Jak częścią pierwszą byłem zachwycony – tam wypaliło wszystko: od animacji, przez świetny felling walki, RPGwy rozwój postaci, zróżnicowaną muzykę, po atrakcyjnych i wymagających bossów, tak część druga wymęczyła mnie swoją powtarzalnością względem oryginału. Przypomnę tylko, że w River City Girls 1 na PC mam rozegrane 47h, na Switchu coś około 20h… tak w część drugą pograłem raptem 16h i jakoś nie mam ochoty do niej wracać. Czy to moja tymczasowa niechęć, czy szkoda mi czasu na wtórne ogrywanie tego samego? River City Girls 2 to gra zdecydowanie większa, bardziej rozbudowa, ale jednocześnie zbyt mało urozmaicona w formule względem swojej poprzedniczki. Czy warto grę polecić? Hmm… jeśli po pierwszej części nie jesteście jeszcze znudzeni tego typu rozgrywką to jak najbardziej, a jeśli taka formuła nie przypadła Wam do gustu, to „dwójka” tego nie zmieni, wręcz przeciwnie.
Seria River City Girls po części pierwszej zapowiadała się znakomicie, taki powiew świeżości był potrzebny! Ekipa złapała wiatr w żagle, wydała eksperymentalny prequel w postaci River City Girls Zero, by w drugiej części pokazać, że nie mają pomysłu na pociągnięcie tej historii dalej…